Kuchcik na biwaku
W drodze losowania przypadła mi w udziale rola pomocnika kucharza na biwaku. Zlecenie twardzielowi prac kuchennych to jak nóż w plecy.
Kumple śmiali się ze mnie i proponowali żebym zamiast menażki zabrał rodową porcelanę. Postanowiłem jednak podjąć wyzwanie i nie zawieść kolegów. W końcu jedzenie jest niezbędne do przetrwania. Kolekcjonowałem noże, ale przecież nie kuchenne, a o gotowaniu miałem blade pojęcie. Po spakowaniu plecaka zabrałem się za kompletowanie sprzętu gastronomicznego. Wiedziałem, że w polowej kuchni w środku lasu nie znajdę nic poza wielkim garnkiem gastronomicznym na grochówkę i zardzewiałym nożem. Sprzęt barmański w wersji mini czyli kieliszki i butelka były już spakowane. W końcu czerwcowe noce bywają chłodne i trzeba się jakoś rozgrzać. Po dłuższym namyśle zabrałem również spory garnek ze stali nierdzewnej, patelnię i dwa termosy. Z wyposażenia pizzerii, którą prowadzą rodzice, zwędziłem kilka pojemników gastronomicznych i zapakowałem w nie prowiant. Pożyczyłem też komplet noży. Przybycie uczciliśmy kieliszkiem ciepłego grzańca z termosu. Przy pomocy mojego ukochanego noża – wysłużonej finki szybko uporaliśmy się z rozbiciem obozowiska. Dobrze, że nie zapomniałem o ostrzałce do noży, która przywróciła stępionej fince dawną sprawność. Udałem się do kuchni i zacząłem przygotowywać swoje pierwsze w życiu danie. Nie było chyba takie złe, bo znikało w błyskawicznym tempie. Jeden z kolegów popisywał się rzucając nożami do celu, reszta pałaszowała kolację wprost z patelni, niektórzy nawet bez używania sztućców. W końcu byliśmy w dziczy, tu nie obowiązują zasady bon ton.
